Podcieszyńska wieś. Sklep.
Przede mną w kolejce stoi babcia. Ubrana w jakieś zwiewne szatańskie ciuszki, ale wygląda tak, jakby w każdej chwili mogła je z siebie zedrzeć, ujawniając jedynie słuszny moher.
Tuż za babcią stoi młoda matka z bardzo zaawansowanie małoletnim dzieciakiem. Bachor ma długie złote loczki, więc nie sposób stwierdzić, jakiej płeć mu się przytrafiła.
W koszyku mam jakieś pierdoły, ze dwa litry wody, litr mleka, litr soku, trzy kilo ziemniaków. Denko koszyka trzeszczy i wyje na mnie w moich myślach i wiem, że zaraz rozstąpi się pod moimi zakupami, jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Stawiam, więc koszyk na ziemi, kucam, coby ziemniaki nie ogłosiły niepodległości, nie rozbiegły się po sklepie znacząc swój szlak brudnym śladem, który na pewno nie przypadłby do gustu jednej ze sklepowych pań kończących właśnie mycie podłogi. Patrzę na dzieciaka, dzieciak trzyma się barierki, która ma uniemożliwić Złym i Chamliwym Klientom wejście do sklepu “pod prąd”. Patrzy na zblazowaną życiem matkę i coś mruczy.
Moje podatne na złe wpływy i szatańskie podszepty ucho wyłuskało coś łudząco podobnego do “spieprzaj dziadu”. Cóż, może dzieciak indoktrynowany na Cieszyniaka od maleńkości. Po chwili rozróżniam już całą dwuwersową piosenkę, powtarzaną na kilka różnych melodii:
“Wawel miejscem królów Polski,
Spieprzaj dziadu na Powązki/Powrząski/Podwiązki.”
Ostatnie słowo zawsze brzmiało inaczej, co tylko dodawało pikanterii temu awangardowemu wykonaniu.
Babci przede mną spadł portfel. Babcia schyla się, podnosi, patrzy na dzieciaka i już widzę tę zmarszczkę na jej czole, już widzę te usta zaciskające się w nienawiści mogącej wypluć sztuczną szczękę w każdej chwili. Powstrzymuje się siłą woli, aby nie osłonić dziecięcia piersią, całą nadzieję pokładając w matce, która najwyraźniej zapomniała, że do sklepu zaciągnęła nie tylko swój tyłek, ale i swą latorośl.
Babcia nie rzekła nic, chociaż ja już byłam gotowa porzucić swoje zakupy i pognać do najbardziej odległego od kasy stoiska z wędlinami po 10 deko salami, żeby nie słuchać moherowych wywodów. Starsza pani zapłaciła, uśmiechnęła się, wygrzebała z torby paczuszkę z cukierkami, wyjęła kilka i wręczyła dziecku.
No teraz to na pewno będzie indoktrynowane. Co do babci – nie oceniaj książki po okładce! Ot co.
Filed under: przypadki